Janina Muszyńska

Przez stepy, piaski, dżunglę…*

Z Janiną Muszyńską (née Chodkiewicz), członkinią Federacji Polek od 20 lat i znaną w Albercie działaczką polonijną rozmawia (w maju 1998 r)
Maria Carlton.

Maria Carlton: Znamy się od lat i historia Twojego życia nie jest mi obca.
Podsumowałaś swoje losy w anglojęzycznej książce wydanej z okazji Stulecia Osadnictwa Polskiego w Albercie (,, Polonia in Alberta 1895-1995”), ja sama opublikowałam w r. 1994 w „Kulisach Polonii” reportaż z przeżyć „Afrykanek” mieszkających w Edmontonie.
Twoją drogę do Kanady uważam za szczególnie reprezentatywną dla Polek w Kanadzie, a zatem i godną zamieszczenia w tej części historii naszego Ogniwa.
Chciałabym jednak, by ta rozmowa zostawiła w pamięci Czytelników pewne obrazy; na przykład ziemi dzieciństwa, do której nie mogłaś wrócić, bo przestała być Polską, pejzażu afrykańskiego, którego ze względu m.in. na egzotykę nie da się zapomnieć. W sierpniu lecisz do Polski, by, podobnie jak nasza zasłużona członkini (i b. prezeska) Joanna Matejko, uczestniczyć w światowym spotkaniu zorganizowanym przez Towarzystwo „Klub pod Baobabem”.
Co Was wiąże z tą egzotyczną nazwą?

JANINA MUSZYŃSKA: Towarzystwo „Klub pod Baobabem” powstało w r. 1989 we Wrocławiu, gdyż akurat w tym mieście znalazło się większe
Skupisko Polaków z b. Kresów RP. Celem Klubu jest zbieranie i ochrona pamiątek i dokumentów związanych z pobytem w Afryce, gdzie w latach 1942-1949 żyło około 19 tysięcy Polaków.
Mimo że od pożegnania Czarnego Lądu minie za rok pół wieku, tzw. Afrykańczycy, do których należy m.in. kilkadziesiąt osób w Edmonton, starają się utrzymać między sobą bliskie więzy.
Z „Klubem pod Baobabem” łączy mnie więc ów mało znany, a do r. 1989 w Polsce celowo wyciszany, afrykański epizod polskiej historii.
Co parę lat Towarzystwo o tej nazwie organizuje spotkania krajowe i światowe. Nie mogłam dotąd uczestniczyć w żadnym z nich, ale teraz postanowiłam polecieć do Polski m.in. po to, by być na kolejnym światowym zjeździe. Towarzyszą mi córka Wandzia i siostrzenica Krysia – córka zmarłej siostry Elizy.
W Afryce, na skutek wydarzeń dziejowych, spędziłam najpiękniejsze lata, bo młodości.

Jak to się wszystko zaczęło?

Wszystko zaczęło się, jak powszechnie po tej stronie Oceanu od dawna wiadomo, od 17 września 1939 t., czyli od inwazji Stalina na Polskę.
Urodziłam się na Wileńszczyźnie (w miejscowości Szarkowszczyzna ) , z której nas deportowano w głąb Rosji ( na Syberię, czyli do azjatyckiej części Związku Sowieckiego ) 13 kwietnia 1940 roku.
Jak nas z tej ziemi wyrwano, podróż w bydlęcych wagonach i skazanie na pracę w niewolniczych warunkach – to historia też dość dobrze znana na emigracji, bo opisywana w tutejszej prasie i książkach. Tę samą drogę przeszły inne członkinie Federacji. (Dodać tu warto, że jeszcze w r. 1970 jako średnią gęstość zaludnienia na obszarach Syberii podawano 2 mieszkańców na km kwadratowy.)

Ile miałaś lat opuszczając rodzinną miejscowość?  Co pamiętasz z dzieciństwa i ojczystego pejzażu?

W dniu zsyłki miałam lat dziesięć.
Do opuszczenia domu w Prozorokach zmuszono mamusię z pięciorgiem dzieci; troje rodzeństwa było młodsze ode mnie, jedna siostra – starsza.
Najpierw, 5 kwietnia, aresztowano tatusia, który pracował jako sekretarz gminy. Ojciec był ppor. Rezerwy Wojska Polskiego. Pamiętam sad, który rodzice dzierżawili, a do którego dojeżdżałam z rodzeństwem rowerami.
Były w nim grusze, jabłonie, śliwy. Do dziś przypomina mi się też wspaniały smak poziomek, które rosły na dziko.

Jak udało się Wam przeżyć w stepach Kazachstanu ?

Nie potrafię tego wytłumaczyć. Oboje rodzice byli głębokiej wiary.
Mamusia, z natury zdrowa i silna, chorowała na zesłaniu na tyfus.
Felczer, bo lekarz był niedostępny, nie wróżył jej przeżycia.
Inni umierali, ona przeżyła i to. Przez ponad dwa lata trzeba było przymierać głodem, choć mnie i siostry Lizy mnie to dotyczy, bo zabrano nas do sowieckiego domu dziecka.
Enkawudzista powiedział mamusi otwarcie, że dla nas – najstarszych z dzieci – nie dostanie pajdy chleba.
Sama pracowała w odległości o 30 km od lepianki – baraku kamieniołomie i wracała do „domu” zwykle co dwa tygodnie. Że mali bracia Wiluś i Emanuel przeżyli, to zasługa siostry Emmy. Przemierzała kilometry, by na polach kołchozu znaleźć coś do jedzenia, czasem dwa ziemniaki, czasem marchew.

A co się stało z ojcem?

Był osądzony przez NKWD i skazany, o czym dowiedzieliśmy się później.
Wywieziono go do Lagru nad Morzem Białym. Długo nie wiedzieliśmy czy żyje. Spotkaliśmy go w Teheranie pod koniec września w 1942 roku.

Co zaliczyłabyś do najważniejszych wydarzeń przed Afryką ?

Samo wyjście z niewoli było właściwie cudem. Było to możliwe po tzw. amnestii ogłoszonej przez Stalina w wyniku ataku Hitlera na ZSRR.

A z osobistych?

Wspomnienie spotkania z ojcem w Teheranie.

Pisały o tym „Kulisy Polonii” w 1994 r. (nr 52).

Tak. A poza tym „Kulisy” poświęciły edmontońskim „Afrykankom” artykuły w numerach 162 i 163 (Wspomnienia nie tylko egzotyczne). 

Podobno mieliście dobre warunki do nauki.
Komu je zawdzięczaliście?

Warunki do nauki w osiedlach polskich w Afryce były wspaniałe.
Trzeba przyznać, że władze polskie reprezentowane przez rząd RP w Londynie starannie o to zadbały, bo jak wspomniałam, większość uratowanych stanowiły dzieci i młodzież, czyli nastolatki.
Nauczycieli i profesorów gimnazjalnych nie brakowało wśród uchodźców, a niektórych instruktorów (w starszym wieku) , w tym harcerskich, oddelegował do Afryki generał Anders z armii, m.in. z Bliskiego Wschodu.
W Afryce stworzono nam warunki normalnego życia. Po przeżyciach na Syberii w ogóle osiedle w Masindi były dla nas oazą spokoju, bezpieczeństwa i obfitości, choć cały czas byliśmy świadomi, że reszta świata objęta jest wojną. Mieliśmy pod dostatkiem cytrusowych owoców – były w zasięgu ręki.
Kto chciał się uczyć, naprawdę mógł, bo mieliśmy pod dostatkiem książek i wszelkiego rodzaju pomocy naukowych i to na wszystkich szczeblach nauczania. Oprócz podstawówek, szybko zorganizowano gimnazja i szkoły zawodowe, np. krawieckie, handlowe, ogrodnicze. Chciałabym podkreślić, że wśród książek znalazły się perły naszej literatury. Pamiętam, że prawie wszyscy starali się dużo uczyć, jakby nadrobić stracone lata.

Na co zwracano szczególną uwagę w Waszym wychowaniu?

Praktycznie – na wszystko, ale wielką wagę przywiązywano do wychowania harcerskiego, czyli w duchu religijnym i patriotycznym – zgodnie z przyrzeczeniem harcerskim: ,,…całym życiem pełnić służbę Bogu i Polsce, nieść chętną pomoc bliźnim”. Harcerstwo tu wręcz kwitło, a do naszego osiedla przyjeżdżało aż trzech instruktorów – harcmistrzów. Wielką wagę przywiązywano też do kultury fizycznej. Wnet potworzyły się różne drużyny sportowe, które rozgrywały mecze. Był to rodzaj szlachetnej walki o palmę pierwszeństwa.

A jak dowiadywaliście się o sytuacji na świecie?

W świetlicy był zainstalowany głośnik, słuchaliśmy wiadomości BBC, m.in. komunikatów, co się dzieje na froncie. Poza tym w Afryce wychodziły polskie pisma, np. „Polak w Afryce”. O wojnie przypominały nam też nadchodzące z ministerstwa wojny telegramy; o zabiciu czyjegoś syna, męża, ojca. Ofiarę opłakiwaliśmy często wspólnie.

Jakie wydarzenia historyczne przeżyliście w tropiku najmocniej?

Zdobycie przez Polaków Monte Cassino, śmierci gen. Wł. Sikorskiego (Naczelnego Wodza) i podpisanie układu w Jałcie (w lutym 1945 r.). To pierwsze – Monte Cassino – powitaliśmy z euforią. Jakoś niebawem, pamiętam, dotarła do nas słynna pieśń o czerwonych makach.
Tragiczna śmierć Naczelnego Wodza (4 lipca minęła 55. rocznica) uczciliśmy modlitwą zbiorową. Spontanicznie wszyscy poszliśmy na modlitwy do właśnie wykańczanego kościoła, zbudowanego przez mieszkańców osiedla.

A samo zakończenie działań wojennych?

To był dla nas dzień żałoby. Wiedzieliśmy od lutego o rezultatach spotkania w Jałcie, ale liczyliśmy trochę na to, że do zakończenia wojny jeszcze coś się zmieni. Tymczasem rzeczywistość nie przyniosła nic nowego. Na wieść o kapitulacji Niemiec wszyscy byliśmy przybici, my, dziewczęta, płakałyśmy. I znów pośpieszyliśmy w tej ważnej chwili do kościoła. Nie, nikt nas nie wzywał. To można by dziś porównać tylko z tym, co działo się w Polsce po wyborze na papieża Polaka: biły dzwony i ludzie, świadomi, że to historyczna chwila, głęboko przejęci, gromadzili się w kościołach, by Bogu dziękować za dar Jana Pawła II. Tylko nami, w Masindi, kierowało odwrotne uczucia – wielkiego nieszczęścia, żałoby narodowej. Wiedzieliśmy o nowych granicach, a że wszyscy byliśmy z Kresów przedwojennej RP, te nowe granice oznaczały, że nie mamy gdzie wracać, że nie mamy już domu. Nasze strony przyłączono do Związku Sowieckiego. Niektórzy, owszem, wrócili do nowej Polski, przeważnie z przyczyn osobistych. Moje przyjaciółki z osiedla po powrocie nie dostały się na studia, bo ojcowie jako „andersowcy” byli w niełasce. Tylko wyjątkom życie w Polsce jakoś się ułożyło. Powszechnie wiadomo, m.in. ze wspomnień Węglarza z Polskiej Marynarki Wojennej (drukowanych kiedyś w „Kulisach Polonii”), że żołnierze z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, m.in. z armii Andersa, byli w Polsce prześladowani, a nawet więzieni.
Wracając do dnia zakończenia wojny, dodam, że w tych ciężkich chwilach tylko ksiądz podczas mszy św. starał się nas pocieszyć.

Jak?!

Tłumaczył, żebyśmy nie tracili nadziei. Że dotąd Bóg nas nie opuścił, to na pewno znajdzie jakieś wyjście. Na koniec tego nabożeństwa odśpiewaliśmy Boże, coś Polskę…, kończąc słowami Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie. W świetle tego nowego politycznego układu wszystko, to znaczy całe nasze dalsze życie, przybrało nowe wymiary. W pierwszej chwili nikt nie mógł odpowiedzieć na pytanie: Co dalej? Ale większość z nas postanowiła do Polski nie wracać. Już raz będąc pod butem Stalina, uszedłszy cudem z życiem, zdecydowaliśmy się nie narażać na ponowną niewolę.

Ale polska, mimo że skazana na sowietyzm, jakoś się podniosła z ruin.
Ludzie zaczynali sobie w niej układać życie, mimo reżimu.
Z Twojej relacji wynika, że byliście fantastycznie – jak nikt! – przygotowani do służby Polsce po wojnie. Polska z Waszym niepowrotem straciła ogromnie dużo. Byliście młodzieżą ideową, gotową ofiarować wszystkie siły i cały gromadzony przez lata entuzjazm narodowi wyczerpanemu wojną.
Nie żałujesz wyboru?

Nie. Układ w Jałcie i ostateczny wynik wojny – zdrada polskich interesów – był dla nas wielkim wstrząsem. Spadło to na nas jak grom. To wszystko, wydaje mi się, dobrze podsumował harcmistrz prof. dr Wiktor Szyreński, na którego ręce składałam w Afryce przyrzeczenie harcerskie. Ten wybitny psychiatra, kiedyś więzień Łubianek i Butyrek, członek wielu towarzystw naukowych w Kanadzie, USA i Wielkiej Brytanii, żyje do dziś w Ottawie. Jest od lat dla wielu, dla mnie też, wielkim autorytetem moralnym.
Zamiast tłumaczyć samej skomplikowany proces wyboru, wolałabym zacytować jego słowa wypowiedziane na światowym zjeździe „Afrykańczyków” we Wrocławiu w r. 1992:
Oto skazano ją [Polskę] na ciemną noc niewoli, aby zdeprawować nowe pokolenie do granic zupełnego wyczerpania. (…) Część Afrykańczyków wróciła do kraju, ale tam napotkała złowrogi klimat polityczny, sprzeczny z zasadami, w imię których dojrzewali oni na Czarnym Lądzie. Szacunek dla prawdy napotkał opresję zakłamania. Inni rozproszyli się po krajach Wolnego Świata, aby tam porać się z życiem w dwóch kulturach.
Ale i jednym, i drugim i tym w kraju, i tym na dalekich lądach, nie przestał przyświecać ten sam cel, jaki tak głęboko ukochali w Afryce…
Gdzie mieliśmy wracać? To nie my dokonaliśmy wyboru. Zmuszono nas do tego i automatycznie zmarnowano nasz entuzjazm i wiedzę, jakie mogliśmy zniszczonej wojną Polsce ofiarować.

Choć na temat wyboru zadałam ostre pytanie, patrzę na Wasze osiedlenie się w Kanadzie jak na wielkie dobrodziejstwo dla Polski.
Jesteście sercem tego, co w stolicy Alberty się dzieje od końca lat 40.,
Gdy chodzi o polskość. Z całą pewnością Twoje życie i ofiarne zaangażowanie w sprawy polonijne dowodzą, że przeżycia afrykańskie nie poszły na marne. Że Ojczyźnie, zwłaszcza zniewolonej, można się przysłużyć i z daleka.

Staramy się być na swoim podwórku dobrymi ambasadorami polskiego dziedzictwa.

Kto zadecydował o likwidacji osiedli polskich w Afryce? 

Władze brytyjskie i Międzynarodowa Organizacja ds. Uchodźców (IRO).
Rodziny wojskowych przyjęła Wielka Brytania. Nasz ojciec po zwolnieni ze służby wojskowej został zakwalifikowany do cywilów.

Wiem, że po likwidacji osiedli mieliście do wyboru Australię, Argentynę i Kanadę. Co przesądziło o wyborze tej ostatniej?

To zasługa ojca, który był człowiekiem dalekowzrocznym i doradzał opcję emigracji do Kanady. Starał się przekonać, że Kanada ma zdrowszy klimat niż np. Australia, a jej fauna i flora zbliżone są do polskiej.
Tropikalny (choć umiarkowanie) klimat nam się uprzykrzył ze względu na choroby i upały, chodziło więc o powrót do warunków najbardziej zbliżonych do tych zapamiętanych sprzed wojny – z Polski. Pomarańczy, bananów i ananasów było pod dostatkiem, ale nam brakowało polskich drzew i owoców.

Twoje życie zatrzymało się więc na czwartym kontynencie. W Kanadzie zapuściłaś głęboko korzenie, jesteś szczęśliwą żoną i matką trojga dzieci. Jak godzisz obowiązki rodzinne ze społecznymi?

Poślubiłam b. marynarza Polskiej Marynarki Wojennej (ORP Dragon) w 1955 r., a dziś jestem już też szczęśliwą babcią pięciorga wnuków.
Teraz, gdy dzieci pokończyły studia i założyły swoje rodziny, mam więcej czasu na pracę społeczną. Od dawna jednak staram się pomagać w pracy różnych stowarzyszeń, nie tylko Federacji. Przed lata byłam prezeską Koła Pań przy SPK w Edmontonie , zaangażowana jestem m.in. w działalności Federacji im. Magdy Tomczak, TPK, KUL-u. Pracę na polu polonijnym traktuje jak obowiązek społeczny, bo w tym duchu nas wychowano.
Wciąż uważam się za osobę szczodrze obdarowaną przez los, bo mam nie tylko szczęśliwy dom, ale i matkę w pobliżu, i rodzeństwo. Praca społeczna to poniekąd także spłacenie długu wobec wielkich Polaków, którzy zadecydowali o naszych losach (gen. Wł. Anders, gen.
Wł. Sikorski), i – wobec Polski.

Życzę Wam wszystkim wielu szczęśliwych lat w zdrowiu, a Tobie ponadto miłych wrażeń ze zjazdu „Afrykańczyków” we Wrocławiu i z podróży na Wileńszczyznę. To chyba nie pierwszy powrót do ziemi rodzinnej?

Właśnie – pierwszy! Przed r. 1989 zorganizowanie podróży do rodzinnej miejscowości (czyli do Republiki Białoruskiej) było raczej trudne.
Kilka lat temu była tam, m.in. w Prozorokach, siostra Emma. Przywiozła mi fotografię kościoła, w którym mnie ochrzczono. Przed ponad pół wieku kościół służył komunistom jako magazyn zboża, ale teraz jest odnowiony i służy katolikom. Z tego kościoła pochodzi też figura Matki Bożej, ukrywana przez parafian przez dziesięciolecia. Modliłam się przed nią kiedyś jako dziecko. Teraz po raz pierwszy będę mieć okazję podziękować Matce Bożej u stóp tego samego ołtarza za ocalenie – siebie i całej rodziny, bo z wyjątkiem ojca i jednej siostry (Lizy) wszyscy żyją.

Wracasz więc tam po 58 latach z nawiązką. Nie boisz się wzruszenia?

Powrót na miejsce urodzenia był cichym marzeniem całego mojego życia. Skorzystam z okazji i przywiozę sobie stamtąd grudkę ziemi na grób w Edmontonie…

Rozmawiała Maria Carlton

Postscriptum: Janina Muszyńska jest aktywna od lat nie tylko w Federacji Polek; przez ponad 10 lat piastowała funkcję prezeski Koła Pań przy SPK, jest od wielu lat wiceprezesem Fundacji im. Magdy Tomczak, przez 4 lata była sekretarką Zarządu KPK – OA, od prawie 20 lat pełni funkcje wiceprezesa Koła Przyjaciół KUL, była też członkinią Zarządu TPK i I wiceprezesem tego Towarzystwa. Za niezwykłe zaangażowanie w pracę społeczną dla Polonii, Polski i Kanady Janina Muszyńska otrzymała różne wyróżnienia i odznaczenia, a mianowicie: Srebrny Krzyż Kombatancki Rady SPK w Kanadzie (1977), Złotą Odznakę Federacji Światowej SPK (1987), Złotą Odznakę KPK (1988), Złoty Medal Skarbu Narodowego RP (1990), Srebrny Krzyż Zasługi RP na Uchodźstwie (1980) i Złotą Odznakę KUL-u

M.Carlton

Źródło: 40 lat Federacji Polek w Kanadzie-Ogniwo nr 3 (Edmonton) 1958-1998
Polskość niejedno ma imię
Artykuły, biografie, wspomnienia, wywiady.
Praca zbiorowa pod redakcją Marii Carlton przy współudziale:
Jadwigi Pierzchajło (przewodniczącej Komitetu Wydawniczego), Teresy Ignasiak, Joanny C. Matejko, Wandy Pawlak
Teresy Szlamp-Frygi i Zofii Wójcickiej.

STOWARZYSZENIE RODZIN OSADNIKÓW WOJSKOWYCH I CYWILNYCH KRESÓW WSCHODNICH

Podstawą osadnictwa wojskowego były dwie ustawy, przyjęte jednogłośnie przez Sejm 17 XII 1920 r. Pierwsza dotyczyła przejęcia na własność państwa ziemi w powiatach kresowych, należących do rosyjskiego skarbu i rodziny carskiej, niektórych dóbr duchownych i klasztornych, opuszczonych przez ziemian dóbr prywatnych, a także części funkcjonujących polskich folwarków. Druga ustawa zapowiadała bezpłatne nadanie ziemi z zapasu utworzonego na mocy poprzedniej ustawy, szczególnie zasłużonym żołnierzom Wojska Polskiego oraz ochotnikom, którzy odbyli służbę frontową.

Wiosną 1921 r. pierwsze grupy żołnierskie, składające się z żołnierzy tego samego pułku, udały się na Kresy. Łącznie w ciągu 1921 i 1923 roku przydzielono ziemię 7345 osadnikom. W latach następnych tę liczbę zwiększono do ok. 9000 wliczając osadników cywilnych.

Początki były bardzo trudne. Jeszcze na początku 1925 r. prawie 44% gospodarstw osadniczych nie miało zabudowań. Jednak już w kilka lat po nadaniu ziemi osadnicy stawali się czołowymi rolnikami. Uczestniczyli w życiu samorządowym, brali udział w organizowaniu pierwszych spółdzielni i wielu pracach społecznych.

Powstały w 1922 r. Związek Osadników odgrywał decydującą rolę w kierowaniu osadnictwem. Idee Marszałka Józefa Piłsudskiego były podstawą polityki Związku.

Agresja Armii Czerwonej 17 września 1939 roku była początkiem eksterminacji osadników i ich rodzin. Zaczęto od wywłaszczenia, po czym dawano rodznom kilka godzin czsu na zabranie niezbędnych rzeczy i opuszczenie domostwa. 10 II 1940 r. w pierwszej deportacji znaleźli się głównie osadnicy. Szacuje się, że tylko 5-10% uniknęło wywózki.

Spotkanie w Teheranie

 

Przeprowadzona 12–14 kwietnia 1940 r. sowiecka deportacja na Kresach Rzeczpospolitej objęła 22–25 tys. polskich rodzin (ponad 60 tys. osób). Celem była fizyczna eksterminacja tych grup społecznych, które od połowy XIX wieku, wysiłkiem kilku pokoleń́, budowały podstawy nowoczesnego narodu polskiego. W dniu 13 kwietnia 2020 roku minęła 80. rocznica deportacji Wandy Chodkiewicz z pięciorgiem małych dzieci: Eliza (11 lat), Janina (10 lat), Emma (9), Emanuel (7) i Wilhelm (4 i poł roku). Oto wspomnienia Pani Janiny, która od wielu lat jest znaną działaczką polonijną w Edmonton.

Dziecięce marzenia

Wrzesień w Teheranie jest prawie zawsze suchy i słoneczny. Tak też było w 1942 roku. Na peryferiach miasta rozbito obozy dla polskich uchodźców cywilnych i polskich żołnierzy. Obozy oznaczono numerami. Jak okiem sięgnąć rozłożyły się naprędce sklecone „szałasy”. W każdym z nich kilkadziesiąt ciasno ustawionych łóżek polowych.

W jednym z namiotów obozu nr 2 zwraca uwagę grupka pięciorga dzieci. Trzymają się zwykle razem, zachowują̨ cicho, a gdy przechodzą̨ w kierunku wyjścia, czynią̨ to ostrożnie, by nikogo nie potracić́. Nikomu nigdy nie przeszkadzają̨. Najstarsza dziewczynka – Liza ma lat 14, Nina – 12, Emma – 11, jeden z ich braci – Emanuel – 10, a najmłodszy – Wiluś́ zaledwie 7 lat. Emanuel – to szczególna historia. Jeszcze długo przed narodzinami pierwszego syna ojciec obudził się̨ pewnego dnia z wyraźnym przekonaniem, że powinien mu dać́ właśnie takie imię̨: Emanuel, czyli „Pan z wami”. Po tym nakazie ze snu przyszła jednak na świat znów córeczka. Nazwaną ją Emma. Emanuel zjawił się̨ dopiero za dobre półtora roku.

Wymienione dzieci rzadko się uśmiechają̨. Wszyscy mieszkańcy namiotu dobrze je znają̨. Jest to wyjątkowa gromadka, z wyjątkową mamusią.

Pani Wanda przeszła na Syberii tyfus i choć́ felczer nie wróżył jej życia, ocalała. Dla swojej gromadki. Dzieci przez ponad dwa lata zesłania mocno przymierały głodem. Emma przemierzała czasem po 30 km pól kołchozowych, by znaleźć́ kilka pozostawionych przez kołchoźników jarzyn, czasem dwa ziemniaki, czasem marchew, żeby tylko mieć́ co dać jeść́ młodszym braciszkom. Na niej to – 9 – letniej dziewczynce, spoczywał obowiązek wyżywienia całej „rodziny”, gdy matka pracowała w odległym o 30 km kamieniołomie (w pawłodarskiej obłasti i nie wracała do „domu” zwykle przez dwa tygodnie. Szczytem marzeń́ wiecznie głodnej

Emmy było, by kiedyś́, gdy już̇ wyjedzie poza granice „tego” kraju i będzie w domu dosyć mąki, móc piec codziennie „lepioszki” (placki z mąki, wody i soli). Tutaj w niewoli, jadła je często z małymi braćmi spleśniałe, bo co upiekła, dzieliła na kilka dni. Czteroletni Wiluś́, widząc pasące się̨ w pobliżu konie, marzył z kolei, by być́ jednym z nich i mieć́ do syta zielonej strawy. Dzieci przeżyły i głód, i choroby. Z dziecięcego serca Lizy i Niny nie zdołano też wyrwać ani pomniejszyć tęsknoty za tatusiem (który może jeszcze żył, może już nie?) – choć́ skazano je obie na sowieckie wychowa- nie w domu dziecka. Poszły tam pod groźbą zamorzenia ich głodem przez miejscowe władze. „Nie dostaniecie dla tych dwu pajoka” (pajdy chleba) – powiedział jednego dnia enkawudzista. Matka, z rozdartym sercem – ale je oddała.

Poszukiwania

W teherańskim obozie 35 – letnia matka szuka od wielu dni po wszystkich obozach swojego męża.

– Tatuś powinien już tu być zapewnia często dzieci.

– W tym obozie, gdzie dziś byłam, nie ma go – wyjaśnia nie po raz pierwszy swej gromadce. – Jutro pojadę do innego.

Wsiadała więc do jednego z autobusów zaraz po śniadaniu, czekała w kolejce do biura ewidencyjnego coraz to innego obozu, otwartego zwykle od 8:00 do 15:00, z godzinna przerwą na obiad. Bywało, że biuro zamknięto, bo już nadeszła pora, a ona była jeszcze daleko w kolejce. Wtedy wracała i mówiła:

– Dziś́ nie zdążyłam. Trzeba będzie tam pojechać jeszcze raz.

W każdy taki dzień podróży matki, piątka dzieci rusza zaraz po obiedzie pod bramę̨ obozu. Czeka pod nią̨ wiernie, cierpliwie, z cichą nadzieją. Jak małe ołowiane żołnierzyki na warcie w dziecięcych zabawach. „Może dziś́… Może go już znalazła…” – przelatują̨ po ich główkach marzenia, lecz szybko pierzchają̨ jak spłoszone ptaki. Kiedy matka wraca, nie śmią̨ wypowiadać głośno ani swych nadziei, ani rozczarowania. Czasem tylko pada krótkie pytanie: „Co dziś́ mamusi powiedzieli?”
Pani Wanda otrzymała już pewną wiadomość, że mąż, Leonard powinien być w Teheranie razem z Armią gen. Andersa. Ile to już czasu minęło od ich rozstania?

Cudem ocaleni

Leonarda aresztowano 5 kwietnia 1940 roku. Przed wybuchem wojny pracował jako urzędnik samorządowy. Wkrótce po aresztowaniu osądzono go i skazano na 10 lat łagrów nad Morzem Białym. „Co im winien Leonard” – zastanawiała się, zanim zrozumiała, że za łagrami, katorgami, zesłaniem i śmiercią nie musi być żadnej winy.

Do 23 czerwca 1942 roku nie wiedziała czy mąż żyje. Wiadomość z

adresem madeszła z Pawłodaru akurat w dniu jej imienin – najpiękniejszych imienin w życiu! Dokładnie, po 810 dniach niepewności i udręki co do jego losu.

Na posiolku Dołoń, gdzie została z dzieci zesłana, zdarzali się̨ i życzliwi Rosjanie, nawet wśród takich, którzy pracowali na wyższych stanowiskach. Kiedyś zapytała jednego z nich o los swojego męża i mężów współtowarzyszek niedoli. W odpowiedzi usłyszała: „Nie zobaczycie ich nigdy. Oni już dawno w „Mogilewsku” (czytaj: w „mogile”.).
Dziś sama nie umie sobie wytłumaczyć, jak przeżyła z dziećmi dwie syberyjskie, niezwykle mroźne zimy, jak wyzdrowiała z tyfusu, jak dostała przepustkę̨ i z całą piątką doszła aż tutaj, do gościnnego kraju szaha. Komóż zawdzięcza, że nie jest już głodna, ani ona, ani dzieci?

Wszyscy w ich namiocie, a nawet i poza nim wiedzą, że jest to niezwykłe ocalenie. Z blisko dwumilionowej rzeszy ze słanych rzadko która rodzina doznała przywileju wyjścia z niewoli w całości, bez straty najbliższej osoby.

Szczęśliwy przypadek

Pamiętanego dnia, w końcu września, dzieci czekają̨ jak zwykle na gong obiadowy. Siedzą̨ na swych pryczach. Po obiedzie wybierają̨ się znowu pod bramę. Do obozu przyjeżdża w odwiedziny jeden z wojskowych. Zauważa na szarą gromadkę̨ i dziwi się, że tak liczne rodzeństwo przeżyło zesłanie.

– Czyje to dzieci? – pyta.

– Pani Wandy Chodkiewicz – słyszy w odpowiedzi.

– Chodkiewicz?!… Przecież taki jest ze mną w namiocie! Obóz nr 3…

Gość błyskawicznie wybiega o nic więcej nie pytając. Wsiada do autobusu i niebawem wpada jak huragan do swojego namiotu.

Na jednym z łóżek polowych wypoczywa mocno wychudzony mężczyzna. Dla wygody oparł nogi o łóżko sąsiada. Jest pogrążony w głębokiej zadumie, może modlitwie. Wyrywa go z niej głośne, prawie szorstkie:

– Chodkiewicz!
Szybko zsuwa nogi z pryczy sąsiada.

Zrywa się zaaferowany, że chodzi chyba o to cudze łóżko. Nagle dochodzą̨ do niego słowa rzucone tym samym co nazwisko głosem:

– …Pana rodzina jest w obozie nr 2!

– O, Boże… – wykrzyknął radośnie Leonard i pędem wybiegł z namiotu.

Leonarda Chodkiewicz, chociaż wycieńczony katorgą, mknie niczym wicher w kierunku przystanku, z którego odjeżdża autobus do obozu nr 2…

Wielka radość

W spiekocie południa, przed biurem ewidencyjnym obozu nr 3 czeka pani Wanda. Biuro akurat zamknięto na przerwę̨ obiadową. Znajome zrezygnowały z czekania i poszły na posiłek. Czeka więc sama. „Może dziś…”

– myśli, a pragnienie odnalezienia męża jest mocniejsze niż głód i zmęczenie. Przysłania oczy od słońca. Ktoś́, jakby dziwnie znajomy, biegnie w kierunku przystanku. W rozpędzonej sylwetce poznaje – bardziej sercem niż zamglonym ze wzruszenia wzrokiem – ukochanego człowieka.

– Leonard, Leonard! – krzyczy dławiącym głosem biegnąc. Wzywany nie słyszy. Nie odwraca się. Jeszcze kilkanaście metrów, potem tylko kilka… Wreszcie na przystanku, z którego za chwilę ruszy autobus, chwyta Leonarda za ramię. Jej zmęczona głowa opada na piersi wielokrotnie opłakanego męża.

Czego w tym spotkaniu więcej? Uczucia ulgi, że przeżyli koszmar niewoli, czy szczęścia? Czy też wzajemnego niepokoju o dalsze losy swoje i dzieci?

Trudno opisać radość pięciorga dzieci, które tego dnia doczekały się powrotu matki, zanim zdążyły wyjść́ przed bramę̨. I – takiej niespodzianki! Obstąpiły w radosnym krzyku ojca, nie mogąc się nim nacieszyć.

Ciche chlipanie starszych dziewczynek koiło przedwcześnie przeżyte cierpienia.

– Tatusiu, tatusiu… – powtarzały w nieskończoność. Trudno im się było zdobyć na inne słowa w tej pierwszej godzinie spotkanie.

Od tego dnia rodzina naprawdę̨ uchodziła za szczęśliwą. Wkrótce wyjechała z innymi do Masindi w Ugandzie.

Epilog

Po dwóch latach od opisanego spotkania Państwu Chodkiewiczom urodził się jeszcze jeden synek – Olgierd. Pan Leonard znalazł się̨ w Persji z Armią gen. Andersa, ale wyczerpany warunkami panującymi w łagrze, nie był już zdolny do służby wojskowej. Słuch miał mocno przytępiony, zęby zniszczone szkorbutem. Był jednak człowiekiem głębokiej wiary i nie krył, że tylko dzięki modlitwie i cudownemu ocaleniu przez Boga odnalazł żonę i dzieci. Wszystkie dzieci!

Zmarł 26 maja 1948 roku w Masindi. Pochowano go na cmentarzu przy polskim kościele wzniesionym rękami polskich uchodźców.

Pani Janina Chodkiewicz mieszka w Edmonton w prowincji Alberta.

Z opisanej piątki, która nie mogła się doczekać spotkania z ojcem, niestety nie żyje: Eliza (po mężu Davies), zmarła w 1980 roku i brat Olgierd – zmarł w 2019 roku w Edmonton.

Na podstawie wspomnień Janiny Muszyńskiej

Napisała

MARIA CARLTON

Kulisy Polonii

 

Opis zdjęć:

  1. Rodzina państwa Wandy i Leonarda Chodkiewiczów w Wigilię Bożego Narodzenia 1944 roku w Masindi w Ugandzie. Od lewej: Eliza, p.Wanda, p.Leonard z synkiem Olgierdem i Emanuel. Za rodzicami stoją: Wilhelm i Janina. Z przodu – Emma.
  2. Polski Kościół w Masindi
  3. Cmentarz w Masindi
  4. 80-te Urodziny Wilhelma Chodkiewicza. Na pierwszym planie: Janina, Emma, za nim Jubilat Wilhelm, Olgierd i Emanuel